Coraz częściej mówimy o zagrożeniach związanych z internetem i technologiami cyfrowymi. Najczęściej jednak rozmowa toczy się wokół uzależnienia od smartfona, mediów społecznościowych, dezinformacji czy sztucznej inteligencji odbierającej pracę. To wszystko są realne problemy ale jednocześnie są to objawy, a nie przyczyny.
Dlatego zadaliśmy inne pytanie. Nie „co internet robi źle?”, ale „jakie są najpoważniejsze, długofalowe zagrożenia wynikające z internetu i technologii opartych na sieci, o których jeszcze niewiele się mówi, albo mówi się o nich zbyt cicho?”
To pytanie zadaliśmy sztucznej inteligencji, prosząc nie o przepowiadanie przyszłości, lecz o refleksję kulturową, psychologiczną i społeczną. O spojrzenie nie z perspektywy produktu, trendu czy rynku, ale człowieka zanurzonego w systemach cyfrowych.
Poniższy tekst nie jest manifestem przeciw technologii. Nie jest też instrukcją „jak odłączyć się od internetu”. To próba nazwania procesów, które dzieją się powoli, systemowo, niemal niezauważalnie i na przełomie lat mogą zmienić sposób, w jaki myślimy, podejmujemy decyzje, budujemy tożsamość i funkcjonujemy jako społeczeństwo.
Cicha erozja sprawczości poznawczej
Jednym z najmniej oczywistych, a zarazem najgłębszych zagrożeń związanych z internetem nie jest utrata uwagi ani spadek koncentracji. Prawdziwy problem zaczyna się wcześniej i sięga głębiej: dotyczy samego procesu myślenia.
Przez tysiące lat człowiek był głównym „motorem” własnego poznania. To on decydował, co jest ważne, co warte zapamiętania, jak połączyć fakty w całość i jak nadać im sens. Internet, a zwłaszcza systemy oparte na algorytmach rekomendacji, stopniowo przejmują część tej roli. Nie robią tego brutalnie ani wprost. Działają subtelnie, poprzez wygodę.
Kiedy algorytm podpowiada, co warto przeczytać, obejrzeć lub kliknąć, oszczędza nasz wysiłek. Kiedy porządkuje informacje według „trafności”, ułatwia orientację. Problem pojawia się wtedy, gdy to, co pomocne, zaczyna zastępować to, co samodzielne. Gdy przestajemy zauważać moment, w którym decyzja poznawcza nie jest już nasza, lecz została za nas przygotowana.
Z czasem zmienia się nie tylko to, co myślimy, ale jak myślimy. Coraz rzadziej budujemy długie łańcuchy rozumowania. Coraz częściej reagujemy na gotowe interpretacje, emocjonalne skróty i uproszczone narracje. Świat zaczyna jawić się jako strumień bodźców wymagających natychmiastowej reakcji, a nie jako złożona rzeczywistość wymagająca namysłu.
To nie jest proces ogłupiania. To proces delegowania wysiłku poznawczego. Umysł, który przez lata przyzwyczaja się do tego, że „ktoś” (a raczej „coś”) wybiera za niego kontekst, powoli traci sprawność w robieniu tego samodzielnie. Tak jak mięsień, który nie jest używany, nie zanika nagle, ale słabnie stopniowo.
W dłuższej perspektywie prowadzi to do paradoksu: ludzie mają dostęp do większej ilości wiedzy niż kiedykolwiek wcześniej, a jednocześnie coraz trudniej im stworzyć spójny obraz świata. Wiedzą wiele rzeczy „o czymś”, ale rzadziej rozumieją, jak te rzeczy się ze sobą łączą. Pojawia się poczucie chaosu, przeciążenia, a czasem bezradności – nie dlatego, że informacji jest za dużo, lecz dlatego, że proces ich integrowania został oddany na zewnątrz.
Najbardziej niepokojące jest to, że ta zmiana jest niemal niewidoczna z poziomu jednostki. Człowiek nie ma poczucia utraty kontroli. Przeciwnie – ma poczucie komfortu i płynności. Dopiero po czasie pojawia się trudna do nazwania intuicja, że myślenie stało się bardziej reaktywne niż refleksyjne, a własne sądy coraz częściej są echem tego, co właśnie zobaczyliśmy.To zagrożenie nie polega na tym, że technologia „zabiera nam rozum”. Polega na tym, że stopniowo odzwyczaja nas od używania go w pełnym zakresie.
Zanik prywatnej tożsamości wewnętrznej
Przez większość historii ludzkości istniała dla człowieka wyraźna granica pomiędzy tym, kim jesteśmy „dla świata”, a tym, kim jesteśmy dla siebie. Myśli niesformułowane, wątpliwości niewypowiedziane, emocje nieprzepracowane – wszystko to mogło istnieć w bezpiecznej przestrzeni wewnętrznej, do której nikt nie miał dostępu.
Internet nie zniszczył tej przestrzeni wprost. Zrobił coś znacznie subtelniejszego: sprawił, że coraz trudniej jest ją utrzymać.
Życie w sieci uczy, często nieświadomie, że doświadczenie staje się „pełne” dopiero wtedy, gdy zostanie nazwane, pokazane, udostępnione lub przynajmniej potencjalnie możliwe do udostępnienia. Nawet jeśli niczego nie publikujemy, w głowie pojawia się pytanie: jak by to wyglądało, jak zostałoby odebrane, czy ma sens. W ten sposób do wnętrza człowieka wprowadza się zewnętrzny obserwator – realny lub wyobrażony.
Z czasem zaczynamy myśleć o sobie nie tylko jako o osobach przeżywających świat, ale jako o projekcie do zarządzania. Tożsamość przestaje być czymś płynnym, wewnętrznym i niejednoznacznym, a zaczyna przypominać zestaw cech, narracji i sygnałów wysyłanych na zewnątrz. Nawet prywatne decyzje bywają filtrowane przez pytanie o ich „czytelność” i spójność z wizerunkiem.
Największym zagrożeniem nie jest tu autopromocja czy narcyzm, lecz zanik przestrzeni, w której człowiek może być niespójny, niepewny i niegotowy. To właśnie w tej przestrzeni rodzi się refleksja, zmiana zdania i rozwój. Jeśli każda myśl musi być natychmiastowa, klarowna i potencjalnie ocenialna, to proces dojrzewania zostaje skrócony lub spłycony.
Szczególnie dotkliwie dotyczy to młodszych pokoleń, które nie znają świata „sprzed internetu” jako punktu odniesienia. Dla nich obserwowalność jest stanem naturalnym, a prywatność bywa postrzegana nie jako prawo, lecz jako odstępstwo od normy. W takich warunkach tożsamość wewnętrzna nie znika całkowicie, ale ulega kompresji – staje się płytsza, bardziej ostrożna i podporządkowana zewnętrznym sygnałom.
W dłuższej perspektywie może to prowadzić do poczucia pustki, trudnego do nazwania zmęczenia oraz lęku przed byciem „niewidzialnym”. Człowiek przestaje być kimś, kto jest, a staje się kimś, kto musi być zauważony, by potwierdzić własne istnienie.To nie jest kryzys jednostek. To zmiana kulturowa, w której wewnętrzne „ja” przestaje być oczywistym fundamentem tożsamości.
Normalizacja manipulacji jako usługi
Jeszcze niedawno manipulacja była słowem jednoznacznie negatywnym. Kojarzyła się z propagandą, oszustwem, nadużyciem władzy. Dziś to słowo niemal zniknęło z języka technologii i nie dlatego, że manipulacja zniknęła, lecz dlatego, że została przemianowana.
Zamiast manipulacji mówimy o „angażowaniu użytkownika”, „optymalizacji doświadczenia”, „zwiększaniu retencji”. Zamiast wpływu na emocje – o „projektowaniu zachowań”. Mechanizmy, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za wątpliwe etycznie, stały się standardowym elementem interfejsów cyfrowych.
Technologia nie tylko reaguje na ludzkie potrzeby, ale coraz częściej aktywnie je kształtuje. Systemy są projektowane tak, aby wzmacniać określone reakcje: ciekawość, niepokój, oburzenie, potrzebę natychmiastowej gratyfikacji. To nie jest efekt uboczny. To cel projektowy, poparty danymi i testami na ogromną skalę.
Najbardziej problematyczne jest to, że użytkownik rzadko ma świadomość bycia przedmiotem takiego oddziaływania. Manipulacja nie przychodzi w formie rozkazu ani jawnej perswazji. Przychodzi jako delikatna sugestia, brak tarcia, dobrze dobrany moment, subtelna presja czasu. Człowiek ma wrażenie autonomii, podczas gdy jego zachowanie jest prowadzone po starannie zaprojektowanej ścieżce.
Z czasem społeczeństwo zaczyna traktować ten stan jako normalny. Uczymy się funkcjonować w środowisku, w którym emocje są stymulowane celowo, a uwaga staje się towarem. Co więcej, zaczynamy oczekiwać manipulacji – interfejs, który nie walczy o naszą uwagę, wydaje się „nudny” lub „nieefektywny”.
To prowadzi do niebezpiecznego przesunięcia granic. Skoro manipulacja działa i przynosi wyniki, coraz rzadziej zadaje się pytanie, czy powinna być stosowana. Kryterium skuteczności wypiera kryterium odpowiedzialności. Projektowanie przestaje być rozmową z użytkownikiem, a staje się grą, w której celem jest przewidzenie i wyprzedzenie jego reakcji.Najpoważniejsze konsekwencje tej normalizacji nie są natychmiastowe. Pojawiają się w momencie, gdy ludzie zaczynają tracić wrażliwość na własne granice. Gdy nie potrafią już odróżnić impulsu od potrzeby, a wyboru od reakcji. W takim świecie wolność nie znika spektakularnie ale po prostu powoli traci znaczenie.
Asymetria poznawcza między jednostką a systemem
Jednym z najmniej intuicyjnych, a zarazem najbardziej fundamentalnych problemów współczesnego internetu jest nierówność poznawcza pomiędzy człowiekiem a systemami, z którymi wchodzi on w interakcję. Nie chodzi tu o nierówność w dostępie do informacji, lecz o coś znacznie głębszego: o różnicę w skali widzenia i rozumienia.
Człowiek funkcjonuje lokalnie. Widzi to, co jest przed nim w danym momencie: ekran, komunikat, decyzję do podjęcia. Działa w czasie teraźniejszym, opierając się na ograniczonej pamięci i osobistych doświadczeniach. System cyfrowy działa zupełnie inaczej. Widzi miliony zachowań naraz, analizuje wzorce rozciągnięte w czasie, przewiduje reakcje i testuje alternatywne scenariusze równolegle.
Ta różnica nie jest przypadkowa – jest wbudowana w architekturę internetu opartego na danych. System „wie” więcej nie dlatego, że jest mądrzejszy, lecz dlatego, że zbiera, porównuje i syntetyzuje informacje na skalę niedostępną dla jednostki. W efekcie powstaje relacja, która tylko pozornie przypomina dialog.
Użytkownik ma poczucie wyboru: klika, decyduje, reaguje. System tymczasem zna prawdopodobieństwo tej reakcji, zna jej warianty i zna sposoby, by ją delikatnie zmodyfikować. To nie jest pełna kontrola – ale jest to kontrola nad kontekstem, a kontekst w ogromnym stopniu determinuje decyzje.
Najbardziej problematyczne jest to, że ta asymetria pozostaje niewidoczna. Interfejsy są projektowane tak, by sprawiać wrażenie neutralnych narzędzi. Użytkownik rzadko widzi, że to, co uznaje za „naturalny wybór”, zostało wcześniej starannie przygotowane: poprzez kolejność treści, sposób sformułowania komunikatu, moment jego pojawienia się.
W dłuższej perspektywie rodzi to niepokojące przesunięcie odpowiedzialności. Skoro system „wie lepiej”, człowiek coraz chętniej oddaje mu część decyzji – od drobnych (co obejrzeć, co przeczytać) po coraz poważniejsze (jak pracować, z kim się komunikować, co uznać za wiarygodne). Autonomia nie znika, ale zostaje zredukowana do wyboru pomiędzy opcjami, które ktoś inny uznał za sensowne.
Ta asymetria ma również wymiar polityczny i społeczny. Systemy, które kształtują przepływ informacji, zyskują realny wpływ na to, jak społeczeństwo postrzega świat – bez konieczności jawnego sprawowania władzy. Władza staje się rozproszona, trudna do wskazania i jeszcze trudniejsza do rozliczenia.Największym zagrożeniem nie jest to, że systemy „manipulują” jednostką. Jest nim fakt, że jednostka nie ma narzędzi, by w pełni zrozumieć, w jakiej relacji poznawczej się znajduje. A trudno bronić autonomii, której granic nie potrafimy nazwać.

Rozpad wspólnej rzeczywistości
Każde społeczeństwo potrzebuje pewnego minimum wspólnej rzeczywistości. Nie oznacza to jednomyślności ani braku sporów, lecz istnienie wspólnej mapy pojęć, faktów i odniesień, na której można się spierać. Internet – paradoksalnie, mimo że łączy ludzi globalnie – systematycznie tę mapę rozbija.
Problem nie polega wyłącznie na dezinformacji czy fałszywych wiadomościach. Znacznie groźniejszy jest proces fragmentaryzacji doświadczenia informacyjnego. Algorytmy personalizujące treści sprawiają, że każdy użytkownik porusza się w nieco innym świecie znaczeń, emocji i narracji. Te światy często tylko częściowo się pokrywają.
W efekcie ludzie używają tych samych słów, ale rozumieją je inaczej. Reagują na te same wydarzenia, ale z zupełnie odmiennych punktów wyjścia. Co więcej, coraz rzadziej mają świadomość, że ich obraz rzeczywistości nie jest uniwersalny. To rodzi nie tylko konflikty, ale także poczucie niezrozumienia i alienacji.
Rozpad wspólnej rzeczywistości osłabia zdolność społeczeństwa do prowadzenia sensownej debaty. Skoro nie zgadzamy się co do podstawowych faktów lub ich znaczenia, rozmowa szybko przeradza się w wymianę emocji. Argumenty przestają działać, bo trafiają w różne systemy odniesienia.
W takich warunkach szczególnie łatwo o radykalizację. Nie tylko polityczną, ale także kulturową, światopoglądową czy tożsamościową. Internet sprzyja tworzeniu zamkniętych przestrzeni informacyjnych, w których poglądy są wzmacniane, a sprzeczne głosy eliminowane lub ośmieszane. Człowiek otrzymuje potwierdzenie zamiast konfrontacji, co daje poczucie bezpieczeństwa, ale prowadzi do intelektualnego zubożenia.
Najbardziej niepokojące jest to, że proces ten nie wymaga złej woli ani centralnego sterowania. Jest naturalnym efektem systemów zaprojektowanych tak, by maksymalizować zaangażowanie. Wspólna rzeczywistość nie znika nagle – rozsypuje się na mniejsze, kompatybilne emocjonalnie fragmenty.
Społeczeństwo, które traci wspólną rzeczywistość, traci również zdolność do wspólnego działania. Pozostają grupy, narracje i równoległe prawdy, między którymi coraz trudniej zbudować most.
Uczenie się bez rozumienia
Jednym z najbardziej paradoksalnych skutków internetu jest to, że nigdy wcześniej dostęp do wiedzy nie był tak łatwy – i nigdy wcześniej rozumienie tej wiedzy nie było tak kruche. Problem nie polega na braku informacji. Przeciwnie: informacji jest aż nadto. Problem polega na tym, że coraz częściej uczymy się odpowiedzi, a nie struktur, które za nimi stoją.
Internet sprzyja szybkiemu rozwiązywaniu problemów. Wpisujemy pytanie, otrzymujemy instrukcję, przykład, gotowy schemat działania. To niezwykle użyteczne ale tylko do pewnego momentu. Gdy wiedza jest konsumowana w formie fragmentów wyrwanych z kontekstu, przestaje budować trwałe modele mentalne. Człowiek wie co zrobić, ale nie wie dlaczego.
W edukacji, pracy i życiu codziennym coraz częściej funkcjonujemy na poziomie proceduralnym. Uczymy się sekwencji kroków, a nie zasad. Kopiujemy rozwiązania, nie rozumiejąc ich ograniczeń. To działa tak długo, jak długo rzeczywistość pozostaje przewidywalna. Gdy pojawia się sytuacja nietypowa, brak głębokiego rozumienia ujawnia się natychmiast.
Technologie oparte na sztucznej inteligencji dodatkowo wzmacniają ten proces. Skoro system potrafi wygenerować odpowiedź, napisać tekst, zaproponować kod czy plan działania, pokusa delegowania myślenia staje się jeszcze większa. Człowiek zaczyna pełnić rolę redaktora lub operatora, a nie autora sensu.
W dłuższej perspektywie rodzi to niepokojący efekt: kompetencje stają się kruche. Są skuteczne w standardowych warunkach, ale zawodzą tam, gdzie potrzebna jest elastyczność, krytyczna ocena i twórcze myślenie. Społeczeństwo pełne ludzi „wyuczonych odpowiedzi” jest mniej odporne na kryzysy, manipulację i zmiany.Największym zagrożeniem nie jest to, że przestaniemy się uczyć. Jest nim to, że przestaniemy rozumieć, po co i jak się uczymy. Wiedza bez rozumienia staje się jedynie narzędziem – łatwym do użycia, ale równie łatwym do nadużycia.
Technologia szybsza niż etyka i prawo
Jednym z najbardziej oczywistych, a zarazem najtrudniejszych do rozwiązania problemów jest rozjazd pomiędzy tempem rozwoju technologii a tempem refleksji etycznej i regulacyjnej. Ten rozjazd nie jest wypadkiem przy pracy. Jest strukturalną cechą nowoczesnego świata technologicznego.
Innowacje powstają szybko, iteracyjnie, często bez pełnej świadomości ich długofalowych skutków. Prawo i etyka działają inaczej: wymagają czasu, debaty, konsensusu, analizy konsekwencji. W rezultacie reagują zawsze z opóźnieniem – często wtedy, gdy szkody są już widoczne i trudne do odwrócenia.
Problem pogłębia fakt, że odpowiedzialność w świecie cyfrowym jest rozproszona. Decyzje są podejmowane na różnych poziomach: przez projektantów, programistów, menedżerów, inwestorów. Każdy odpowiada tylko za fragment, a całość skutków ujawnia się dopiero na poziomie społecznym. W takiej strukturze bardzo łatwo o moralną ślepotę – nie z powodu złych intencji, lecz z braku perspektywy.
Dodatkowo technologia często wyprzedza język, którym moglibyśmy ją opisać. Zanim nauczymy się nazywać nowe zjawiska, one zdążą się już zakorzenić. Brak słów oznacza brak narzędzi do krytyki, a brak krytyki sprzyja normalizacji.
Najgroźniejsze jest jednak to, że wraz z upływem czasu społeczeństwo przyzwyczaja się do życia „po fakcie”. Zamiast pytać, czy powinniśmy coś zrobić, pytamy jedynie, jak poradzić sobie z konsekwencjami. W ten sposób etyka staje się reaktywna, a nie refleksyjna.
Technologia sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła. Ale rozwijana bez równoległej refleksji nad jej wpływem na człowieka, zawsze będzie przesuwać granice szybciej, niż jesteśmy w stanie je świadomie wyznaczyć.
Nie technologia jest problemem
Najpoważniejszym zagrożeniem związanym z internetem i technologiami sieciowymi nie jest konkretna aplikacja, algorytm czy urządzenie. Jest nim zmiana relacji między człowiekiem a systemami, które coraz głębiej wnikają w jego życie.
Nie tracimy wolności w sposób gwałtowny. Nie budzimy się pewnego dnia w świecie pozbawionym wyboru. Zamiast tego wolność staje się coraz bardziej formalna, a coraz mniej realna. Mamy dostęp do opcji, ale nie zawsze do sensu. Mamy możliwość działania, ale coraz rzadziej pełną świadomość kontekstu.
Internet i technologie oparte na sieci są potężnymi narzędziami. A każda potęga, pozbawiona refleksji, działa najpierw subtelnie, a potem nieodwracalnie. Dlatego kluczowym wyzwaniem nie jest zatrzymanie postępu, lecz odzyskanie zdolności do zadawania pytań zanim zachwycimy się rozwiązaniami.
Pytania o granice, odpowiedzialność i sens nie są hamulcem rozwoju. Są jego warunkiem. Bez nich technologia przestaje być przedłużeniem ludzkich możliwości, a zaczyna kształtować człowieka według własnej logiki.

APPENDIX
Co możemy zrobić, zanim przyzwyczaimy się do skutków
Pytanie „co z tym zrobić?” pojawia się zawsze wtedy, gdy diagnoza jest wystarczająco trafna, by stała się niewygodna. W kontekście internetu i technologii cyfrowych odpowiedź bywa rozczarowująca, bo nie istnieje jedno rozwiązanie ani jeden punkt zwrotny. Nie da się „cofnąć” technologii, tak jak nie da się cofnąć języka czy pisma. Można jednak wpływać na relację, jaką z nią budujemy – zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo.
Na poziomie jednostki najważniejszą zmianą nie jest odłączenie się od sieci, lecz odzyskanie świadomości własnej sprawczości poznawczej. Oznacza to świadome spowolnienie tam, gdzie technologia zachęca do reakcji. Zadawanie sobie pytań nie o to, czy coś jest interesujące, ale dlaczego zostało mi pokazane i jaką reakcję ma wywołać. To drobne przesunięcie uwagi – z treści na mechanizm – przywraca człowiekowi pozycję uczestnika, a nie jedynie odbiorcy.
Równie istotne jest odbudowywanie przestrzeni wewnętrznej, która nie jest przeznaczona do publikacji ani oceny. Chodzi o przywrócenie prawa do myśli niegotowych, sprzecznych, niedojrzałych. Do doświadczeń, które nie muszą zostać nazwane ani udostępnione. W świecie permanentnej obserwowalności taka przestrzeń staje się aktem świadomego oporu – nie wobec technologii, lecz wobec presji bycia nieustannie czytelnym.
Na poziomie poznawczym oznacza to również powrót do uczenia się opartego na rozumieniu, a nie wyłącznie na skuteczności. Korzystanie z narzędzi cyfrowych nie musi oznaczać rezygnacji z myślenia, ale wymaga czujności wobec pokusy delegowania go w całości. Tam, gdzie odpowiedź przychodzi zbyt łatwo, warto zapytać, jaką strukturę ona upraszcza i czego nie pokazuje.
Jednostka nie odzyska pełnej kontroli nad systemami, które działają na skalę masową. Może jednak odzyskać orientację, a orientacja jest tutaj warunkiem wolności. Wolność nie polega na braku wpływu, lecz na świadomości, gdzie ten wpływ się zaczyna i kończy.
Na poziomie społecznym wyzwanie jest trudniejsze, bo wymaga działania długofalowego i zbiorowego. Przede wszystkim potrzebujemy nowego języka do opisu relacji między człowiekiem a technologią. Dopóki mówimy wyłącznie o innowacji, efektywności i wzroście, dopóty nie potrafimy nazwać kosztów, które nie mieszczą się w tych kategoriach. Etyka technologii nie może być dodatkiem po fakcie – musi stać się elementem projektowania, edukacji i debaty publicznej.
Kluczową rolę odgrywa tu edukacja, rozumiana nie jako nauka obsługi narzędzi, lecz jako kształtowanie kompetencji krytycznych: rozumienia mechanizmów algorytmicznych, ekonomii uwagi, wpływu interfejsów na zachowanie. Społeczeństwo, które nie rozumie systemów, w których funkcjonuje, nie jest w stanie ich demokratycznie kontrolować.
Równie ważne jest przywrócenie odpowiedzialności tam, gdzie została ona rozmyta. Technologie nie są neutralne, a decyzje projektowe nie są wyłącznie techniczne. Każdy system niesie określone wartości i założenia dotyczące człowieka. Społeczeństwo ma prawo domagać się przejrzystości, a państwo – tworzyć ramy, które chronią nie tylko konsumentów, ale obywateli.
Nie chodzi o zatrzymanie rozwoju ani o moralną panikę. Chodzi o dojrzałość cywilizacyjną. O uznanie, że technologie kształtujące poznanie, relacje i tożsamość nie są zwykłymi produktami, lecz elementami infrastruktury społecznej. A infrastruktura wymaga odpowiedzialności, nadzoru i refleksji.
Ostatecznie pytanie brzmi, czy zachowamy zdolność do bycia podmiotami w świecie, który coraz częściej działa szybciej, niż jesteśmy w stanie go zrozumieć. Technologia nie odbiera nam tej zdolności sama z siebie. Odbieramy ją wtedy, gdy przestajemy uważać ją za coś, co wymaga namysłu.
Ten tekst nie daje gotowych odpowiedzi, bo takich odpowiedzi nie ma. Może jednak pełnić inną funkcję: zatrzymać na chwilę, nazwać procesy i przypomnieć, że przyszłość relacji człowieka z technologią nie jest z góry przesądzona. Zależy od tego, czy zdążymy z refleksją zanim przyzwyczaimy się do skutków.
AI bezpieczny internet cyfrowa manipulacja cyfrowe bezpieczeństwo internet dla wszystkich lepszy internet ochrona prywatności SI social media sztuczna inteligencja technologia uzależnienie od internetu zagrożenia online zdrowie
Last modified: 15.12.2025